Biesiada u hrabiny... Kalafior

W role hrabiny i markizy wcielają się mężczyźni, jeden bohater występuje w kilku postaciach, a wszyscy zachowują się jak niedojrzałe podlotki. Czy to się mogło udać?

I to jeszcze jak! Sztuka Magdaleny Piekorz pod tytułem „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” to istna uczta dla zmysłów, której smaku nie da się określić. Na początku jedna z postaci podkreśla, że na biesiadę zostało zaproszonych mało szacownych gości, a przyszło jeszcze mniej. To zupełnie jak w czasie pandemii, kiedy to, niestety, widownia świeci pustkami ze względu na ograniczenia sanitarne.

W takim kameralnym gronie, można było niemalże poczuć woń bezmięsnego kalafiora, który symbolizuje… Pazerność? Snobizm? Egoizm? W każdym razie Gombrowicz, po raz kolejny serwuje dużą dawkę niedojrzałości, przyprawioną w tym przypadku arystokrackim stylem życia.

Widownia entuzjastycznie reagowała. To najlepsza recenzja dla twórców. Komiczne, czasem wręcz makabryczne zachowanie aktorów sprawiało, że sztuka magnetyzowała odbiorców. Gdy opadła kurtyna, chciało się zobaczyć jeszcze więcej. Choć przedstawionych osobników lepiej nie spotykać w prawdziwym życiu, to obcowanie z nimi w teatrze, w bezpiecznej odległości, było czystą rozrywką.

Ze sztuki wyniosłam pozywane odczucia, o ile można coś wynosić z teatru. Mam szczerą nadzieję, że tylko głodomory, podczas seansu obeszły się smakiem. Danie tego wieczoru w postaci pysznego przedstawienia, nasyciło mój głód sztuki do reszty. I pamiętajcie: gdy hrabina zaprasza, zabierzcie dużo dystansu do siebie i świata.


Amelia Pudzianowska

10 października 2020 r.

O-z