Rozmowa z Michałem Surmą

aktorem i asystentem reżysera spektaklu dyplomowego "Iwona, księżniczka Burgunda" studentów IV roku Wydziału Aktorskiego
Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie, Filia we Wrocławiu.

„Iwona, księżniczka Burgunda” to spektakl dyplomowy Akademii Sztuk Teatralnych z Wrocławia. W Radomiu ma swoją festiwalową premierę.
Bardzo cieszymy się, że możemy wyjść z tą inscenizacją poza Akademię Teatralną i pokazać spektakl w innym mieście widowni spoza naszej szkoły. Tym bardziej jesteśmy podekscytowani, że ten pokaz będzie odbywał się w ramach festiwalu, który sam w sobie jest wielkim świętem teatralnym.

Łączysz role asystenta reżysera i aktora. Jak udaje Ci się to pogodzić?
Nie było to trudne. Bycie asystentem reżysera w szkole teatralnej różni się od wykonywania tej funkcji w teatrze. Zajmowałem się raczej sprawami organizacyjnymi i technicznymi niż merytoryczną pracą nad spektaklem. Zadań oczywiście było więcej niż gdybym w tym przedsięwzięciu pełnił tylko rolę aktora, ale dawało się to pogodzić. Teraz, wznawiając spektakl, jest więcej funkcji do wypełnienia niż dotychczas.

Czy to wasze pierwsze teatralne zetknięcie z Gombrowiczem?
Mieliśmy już wcześniej styczność z twórczością Gombrowicza. Na pierwszym roku w Akademii Teatralnej na zajęciach z interpretacji prozy zrobiliśmy egzamin z „Ferdydurke”. Przypadło nam to wszystkim do gustu. Ale w formie dramatycznej teraz był pierwszy raz.

Jak, więc się odnaleźliście w tym tekście?
Gombrowicz nie ma prostych utworów. Bardzo nam pomogły próby stolikowe. Czytaliśmy naprawdę bardzo, bardzo wiele razy ten tekst. Za każdym razem odczytywaliśmy w nim coś innego. Zdarzało się, że w niektórych momentach każdy z nas miał inną interpretację. Na pewnym etapie przygotowań pozwoliliśmy sobie na to, by nie trzymać się ram, tego co jest pozorne przy pierwszym odczytywaniu tekstu. Wszystko po to, żeby sięgnąć dalej, głębiej i znaleźć jakiś nowy sens.

Czy tak właśnie pojawił się pomysł na postać Grety Thunberg?
Dużo dziwnych rzeczy wymyślaliśmy na temat tego tekstu [śmiech], ale tak naprawdę Radek Rychcik nas nakierował na ten motyw. Wydaje się nam, że on od początku miał przygotowany swego rodzaju konspekt i w trakcie pracy wpuszczał nas bardzo powoli i świadomie w swoją wizję artystyczną. Nie powiedział od razu, że Iwona to Greta Thunberg. Pozwolił nam samym dochodzić do tego, a kiedy upewnił się, że ten głos i temat gdzieś w nas drzemią, to wyjaśnił, że nadamy temu tekstowi podmuch świeżości.

Zmiana koncepcji tekstu wymagała zapewne od was dużego nakładu pracy. Jak wyglądały przygotowania?
Czytaliśmy bardzo wiele tekstów kultury związanych z ekologią, gatunkiem ludzkim czy powstawaniem fauny i flory. Moje osobiste przygotowania do roli polegały na poszukiwaniu własnego miejsca w świecie przedstawionym w utworze. Gram Inocentego, połączonego z Walentym. Jest to postać trochę odklejona od rzeczywistości, podobna do Iwony, która spośród całego społeczeństwa wykazuje jakieś „wyższe” wartości. Szukałem w sobie wielu możliwości, aby zamanifestować te uczucia. Teraz dopiero rozumiem, że czasami używałem zbyt mocnych środków przekazu i ten manifest był za duży. W obrazie tego społeczeństwa nie trzeba dużo mówić, aby zamanifestować siebie, by ktoś mógł dostrzec prawdziwe oblicze człowieka.

To znaczy, że spektakl jest manifestem młodych?
Myślę, że jest to manifest. Nie wiedzieliśmy wcześniej, że w takim kontekście można odczytywać ten utwór. I ten protest nie wziął się z przymusu lecz został złożony z puzzli interpretacji, które rozpracowywaliśmy podczas prób stolikowych. Sama obecność Grety Thunberg wprowadziła nas na inny tor myślenia. Była podstawą w budowaniu innych postaci. To był trochę efekt domina.

Skoro Iwona jest Gretą, to czy za innymi postaciami również kryją się jakieś współczesne osobistości?
I tak, i nie. Jakieś tło postaci jest stworzone, aczkolwiek nie są one nazywane wprost. Tutaj dałbym pole do interpretacji widzom. Nie ma w tym wszystkim dosłowności, ale myślę, że można odnaleźć w naszym spektaklu cienie ze świata publicystyki, polityki i show-biznesu. Kiedy prawie rok temu powstawał ten spektakl, nie mieliśmy wątpliwości, że był to słuszny głos, ważny temat.

Czego, więc mogą spodziewać się widzowie Festiwalu Gombrowiczowskiego?
Na pewno przekraczamy granice, które dyktuje Gombrowicz. Pokazujemy formę, w której nie łatwo było się odnaleźć, bo jest ona czymś dziwnym i odklejonym od społeczeństwa.

Czyli przełamanie formy było najtrudniejszym zadaniem podczas realizacji tego spektaklu?
Tak, było to trudne zadanie. Będąc na scenie i próbując wejść w formę, wszystko wydawało nam się zbyt dziwne i przerysowane. My na co dzień też ją przybieramy. W różnych okolicznościach mamy tę „gombrowiczowską gębę”, ale nie potrafimy się do tego przyznać.

Sam Gombrowicz, dzięki takim komplikacjom i czynnikom awangardowym szokuje i jest nieprzewidywalny. Czy Ty odnajdujesz się w tej twórczości? Czy przemawiają do Ciebie jego teksty?
Teksty Gombrowicza do mnie przemawiają. Może dlatego, że od dawna miałem z nimi kontakt. Historia z „Iwoną…” ciągnie się za mną od liceum, kiedy dołączyłem do koła teatralnego i mieliśmy ją wystawić. Wtedy po raz pierwszy zacząłem rozczytywać Gombrowicza i zastanawiać się, po co pisze o tym teksty i dlaczego właśnie takiego języka używa. Wydaje mi się, że do tych dzieł trzeba dojrzeć, że dopiero na pewnym etapie zaczyna się rozumieć niektóre rzeczy. Kiedy stajemy się dojrzalsi, warto po niego sięgnąć jeszcze raz i zrozumieć go na nowo.

rozmawiała: Anna Kowalczyk

październik 2020 r.

O-z