Rozmowa
z Marcinem Zdunikiem, aktorem grającym w spektaklu
„Biesiada u hrabiny Kotłubaj”
Fundacji Republika Marzeń z Warszawy



Bohaterowie „Biesiady...” zakładali pewne maski. Jaka była pana maska?
Myślę, że moja maska była bardzo nieoczywista. Sens mojej postaci był taką otwartą formą, którą widz miał sam zinterpretować. Można było odbierać muzyka jako element warstwy arystokratycznej, byłem nawet charakteryzowany w ten sposób. Natomiast dla mnie bliższe było spojrzenie Gombrowiczowskie. Ja próbowałem muzyką i swoim byciem na scenie oddać emocje, które były w Gombrowiczu przerażonym tym, co się tam wydarzyło.

Który fragment tej sztuki jest Pana ulubiony?
Ja myślę, że cała ta sztuka jest moim ulubionym fragmentem. Trudno mi wskazać jakieś konkretne miejsce. Bardzo lubię całą grać, jest niezwykła, żywa. Bardzo lubię jej zmienność nastroju, również wynikającą z kontrastowego zestawienia osób Gombrowicza i warstwy arystokratycznej. To w idealny sposób można odgrywać muzyką. W pewnych miejscach wpadać w taneczny szał, w innych właśnie w to przerażenie, grozę. To powoduje, że muzyka jest bardzo zróżnicowana. Jest bardzo przyjemna dla mnie do grania.

Czy praca z tekstem Gombrowicza była trudna?
Myślę, że z tekstem Gombrowicza pracowałem tylko na samym początku. Później silniejszym nośnikiem emocji był dla mnie sposób wypowiadania konkretnych słów przez aktorów. To ogniwo pośrednie odbioru sztuki teatralnej, którym jest aktor – często w charakterze emocjonalnym – zawiera więcej treści. Muzyka jest o emocjach. W związku z tym dla mnie informacja semantyczna, która płynie, nie jest tak ważna, jak emocja, która najczęściej płynie ze sposobu powiedzenia tekstu. Więc dla mnie największą inspiracją byli aktorzy, a ponieważ oni byli znakomici, no to i inspiracja była duża.

rozmawiała Paulina Sławińska
10 października 2020

O-z